Futro Pana Boga
Wiele razy będzie wracała myślą do szczegółów, które uratowały jej życie. Pan Bóg się musiał porządnie napracować, żeby Janina Szulc - Tomaszewska nie wsiadła do samolotu rejsowego Polskich Linii Lotniczych LOT - "Kościuszko". A może było to Przeznaczenie. Samolot ów wystartował o godzinie 10,17-ście 9 maja 1987 roku z lotniska Okęcie w Warszawie i udał się w podróż do Nowego Jorku, z której nikt już nie wrócił żywy. Rozbił się i spłonął doszczętnie w Lesie Kabackim pod Warszawą.
Pan Bóg w różny sposób daje znaki. Marianna Pawlak, matka Janiny, miała przestem sen. Taki zwyczajny, że córkę na lotnisku zatrzymali celnicy. Zobaczysz, będziesz miała kłopoty, powiedziała. Janinie z kolei śniło się zbiegowisko ludzi. Przepycha się przez nich, a na ziemi leży na wpół zwęglony jej amerykański przyjaciel, Paul. Macha do niej rękami i rozpaczliwie krzyczy: Don,t go! Don,t go! (Nie jedź, nie jedź!) Pomyślała, że to Paulowi grozi niebezpieczeństwo.
Miały z mamą lecieć do Ameryki jednym samolotem. W ostatniej chwili Janina kupiła sobie bilet na 9 maja, a mamie na 15 czerwca. Bo chciała się na jej przyjazd przygotować. Gadanie, przecież od siedmiu lat mieszkała już w New Jersey i od dawna planowała zaproszenie mamy. To był podszept Pana Boga. Miało się później okazać, że celnik nie zatrzymałby jej na lotnisku, gdyby jechała z matką. Zginęłyby obie.
Najważniejsze było jednak futro. Janina chciała sobie kupić czarne norki. Oglądały je w sklepie, ale matka odradziła. Tyle pieniędzy, 450dolarów, po co. Wracały już z Warszawy do Łomży. Córka się uparła, żeby wrócić po futro. I kupiła je. Zapakowała na podróż w walizkę, ale, znowu z niejasnych powodów, przełożyła je do torby podręcznej, tej która wpadła potem w oko celnikowi..
A żeby spełnił się zamysł Pana Boga musiała się jeszcze spóźnić na lotnisko. Cała rodzina ją odwoziła z Łomży do Warszawy, jej były mąż, dorosłe dzieci. Miała jechać również siostra, ale zajrzała powiedzieć, że jej córeczka dostała nagle 40 stopniowej gorączki. (Później się okaże, że gorączka równie nagle ustąpiła). Zmitrężyli z tego powodu pół godziny.
O pół godziny za późno, żeby na lotnisku stanąć w kolejce do oclenia. Janina wzięła więc torbę z futrem i skierowała się do punktu odprawiającego podróżnych, którzy nie mają niczego do oclenia.
Komu życie, komu śmierć
Po drugiej stronie lustra Mojry ostrzyły już nożyczki, żeby poprzecinać nitki wielu żywotów. Było im wszystko jedno, które przetną, byle ilość się zgadzała. Jeden z celników, pełniący funkcję inspektora, miał problem. Jego serdeczna koleżanka, stewardessa, bardzo chciała polecieć do Nowego Jorku tym samolotem. Ale brakowało wolnego miejsca. Tak jej zależało, a on tak ją lubił. Jedyne wyjście - zatrzymać kogoś z czekających. Stanął z boku i typował ofiarę. Dostrzegł kobietę stojącą na końcu. Była sama, to dobrze, i dźwigała wielką torbę.
Odwołał ją do kontroli. Miał szczęście: znalazł w torbie futro.
Ona prosiła, żeby oddał futro jej rodzinie. On, że nie. Przychodziły stewardessy, przyszedł kapitan Zygmunt Pawlaczyk. Panie kapitanie, pytały, czy możemy poczekać na pasażerkę? Możemy poczekać 15 minut, powiedział i spojrzał na Janinę Szulc Tomaszewską. Zapamiętała jego twarz na zawsze. Koleżanka inspektora również prosiła, żeby puścił kobietę, bo jednak były wolne miejsca. Ale machina Przeznaczenia poszła już w ruch. Lećcie sami, ja tę panią muszę zatrzymać, powiedział do kapitana.
Miał wyrzuty sumienia, bo kobieta była potulna, nie awanturowała się. Milczała. Było mu szkoda, gdy kierował ją do kontroli osobistej. Przecież wiedział, że niczego innego nie ma. Samolot odleciał. Niech pani się nie przejmuje, pocieszał, może pani lecieć przez Chicago. Z tego skłopotania dwa razy pisał protokół.
Nie wiadomo, ile to trwało, bo czas się w głowie Janiny zatrzymał. Obijała się po lotnisku jak ćma, gdy miała wyjść. Zagrodził jej drogę WOP-ista i patrzy dziwnie. Wie pani co? Samolot miał awarię, może pani jeszcze poleci. Zaraz drugi podszedł i mówi co innego. O, tak mi przykro, samolot spadł i się zapalił, chyba wszyscy zginęli.
Przyjęła słowa obojętnie, nie dotarła do niej ich treść. Nie uwierzyła. Mąż też mówi, oni tylko cię pocieszają. Straszne wiadomości najpierw wydają się głupie. Są za duże , żeby zmieściły się w głowie od razu. Więc rodzina stoi w komplecie i nie wie co robić. Jej żal futra, mąż nazywa kogoś skurczybykiem.
Wtedy podszedł celnik, przez którego nie poleciała. Ja pani życie uratowałem, mówi. Samolot spadł i wszyscy zginęli. Na pani miejsce poleciała moja znajoma.
Szczęściara
Ten celnik, narzędzie Przeznaczenia, bardzo chciał potem porozmawiać z uratowaną przez siebie kobietą. Spotkali się przy kawie jeden, jedyny raz i nigdy więcej. Przygniatało go poczucie winy, że wysłał na śmierć koleżankę. Patrzył na Janinę, jak na częściowe odpuszczenie grzechu. Żeby ją chociaż uratował w sposób czysty. Przecież najpierw wyrządził jej zło, które dopiero na dobro się obróciło. Opowiedział jej o swoim życiu, dał adres i zdjęcie, które Janina nosi w portfelu do dziś. I już nic - i nigdy - więcej.
Zawsze miała szczęście, ale w drobniejszych sprawach. Wylosowała malucha, wygrała na loterii, wyczuła ogień, zanim rozszedł się swąd. Dzięki temu uratowała amerykańską fabrykę przed spłonięciem. Dotąd była zwykłym pracownikiem, a odtąd bohaterką.
Pomagała szczęściu, fakt. Od dziecka marzyła o życiu lepszym niż to, które wiodła w Łomży jako żona poborcy podatkowego. A wcześniej pod Łomżą, jako córka niezamożnych rolników. Brała dodatkowe prace, odkładała pieniądze, czytała pismo "Ameryka". Wreszcie wyjechała. Znalazła dobrą pracę w fabryce. Kupiła na raty dom. Ściągnęła do siebie mamę, siostrę, córkę z mężem, syna z żoną. Każdemu załatwiła pracę. Czy nie jest szczęściarą? Może dlatego Pan Bóg jej pomógł, żeby ona pomagała innym.
To ty żyjesz?
Matka, Marianna Pawlak, kąpała prawnuczka. Nagle odczuwa żal taki i zaczyna płakać. Wówczas zadzwonił telefon. Kolega Janiny pyta Pawlakową ostrożnie, czy oglądała telewizję? Nie. A radia słuchała? Nie, a coś się stało? A którym samolotem Janina leciała? Bo wie pani, on miał wypadek.
Przyszła Marianna do obrazu Matki Boskiej, uklękła. Modli się i płacze. A Matka Boska mówi, nie płacz, twoja córka żyje. Boże, jak to, wszyscy zginęli a ona żyje?
Później dzwoni syn Janiny, że ona żyje. Marianna nie wierzy, a może boi się uwierzyć. Przekonał ją dopiero głos córki w telefonie.
W Nowym Jorku wyszedł po Janinę na lotnisko jej przyjaciel Paul. Wraz z informacją o katastrofie dotarła tu lista pasażerów, którzy zginęli. Wśród nich było nazwisko Szulc. Paul opłakał przyjaciółkę. Smutną informację przekazał innym znajomym. Nie wierzyli oczom, gdy wróciła żywa. Zbiegiem okoliczności na liście znalazły się dwie osoby o nazwisku Szulc.
Dwa miesiące później syn Janiny leciał z Polski do Stanów. Wracał z ciężkim sercem, ponieważ dowiedział się, że tym razem matka zginęła w wypadku samochodowym. To ty żyjesz? wykrzyknął na jej widok.
Życie po szczęściu
W katastrofie samolotu Kościuszko zginęły 183 osoby. Wypadek wstrząsnął wszystkimi, ale samoloty wciąż startowały i lądowały. Ludzie wsiadali i wysiadali. W pierwszym tygodniu wśród pasażerów czekających na odprawę paszportową i celną panowała cisza. Janina Szulc Tomaszewska leci do Nowego Jorku pięć dni po katastrofie. Idzie przez lotnisko na drewnianych nogach, ma specjalną opiekę stewardessy. Boi się. W samolocie jakaś kobieta mieszkająca w Kabatach opowiada, że ludzie zdejmowali pierścionki z pourywanych rąk, rozrzuconych po lesie. Janina płacze, dają jej drinka. Ktoś się wtrąca, że była jedna co miała lecieć, ale nie poleciała. To ja jestem, to ja jestem, chlipie Szulcowa. Pasażerowie przychodzą ją dotykać. Odetchnęli. Nic im się nie stanie, bo leci z nimi szczęściara. Cała załoga wpisuje jej się do książki, którą dostała od Lotu na pamiątkę.
Prócz książki dali też lalkę z Cepelii i prawo do darmowego przelotu raz w roku. Prawo zostało w komunie, więc nie zdążyła się przelecieć ani razu. Został jej jeszcze paszport z przekreśloną pieczątką, datowaną 9 maja 1987 r. Obok pieczątka z 14 maja. I wycinki prasowe.
W amerykańskiej fabryce, gdzie pracowała, powitano ją orkiestrą i ciastkami.
Lipcowe futro
Dwa miesiące później, w lipcu, odbył się w Polsce zaoczny proces o jej "przemycane" futro. Uniewinniono Szulcową. W uzasadnieniu wyroku napisano, że okazała się prawdziwą patriotką, ponieważ po katastrofie udzieliła setek wywiadów prasie całego świata i nigdzie nie wyraziła się o Polsce źle. Tym sposobem czarne norki wróciły do niej. Przywiózł je z Polski syn. Ucałowała futro na dzień dobry. Wielu ludzi przychodziło je oglądać. Janina zakłada je tylko do kościoła. Raz w roku daje na mszę za ofiary katastrofy oraz za swoje ocalenie.
Agata Bleja
|