Wybaczył wszystkim, nawet Bogu

Hiob z Warszawy

    Przypowieść o losach Jerzego Pfeffera przypomina biblijną historię Hioba. Pan Bóg założył się z szatanem, że nic nie złamie pobożności Hioba. Podśmiewał się szatan, że nie sztuka być pobożnym, gdy się ma tak wielkie dobra , zdrowie i szczęśliwą rodzinę. - Możesz mu zabrać wszystko poza życiem - powiedział Pan Bóg. I szatan zabrał wszystko. Tysiące owiec, wielbłądów, wołów i oślic. Setki sług. Siedmiu synów i trzy córki. Wreszcie zesłał trąd na jego ciało. A przyjaciele dosypali pieprzu na rany: "Musiałeś bardzo nagrzeszyć i Pan Bóg słusznie cię karze" - mówili. I pomyślał Hiob: "Nawet mój płaszcz się mną brzydzi". A głośno dodał: " Nie dręcz mnie Boże, życie obrzydło mej duszy". Ale że wiary nie stracił przeto Bóg w swoim czasie w dwójnasób go wynagrodził. I znowu miał Hiob tysięczne stada zwierząt, wielu nowych synów i córki. I zdrowie.

    Podobnie Bóg potraktował Jerzego Pfeffera, a może nawet trudniejszej próbie go poddał. Pozwolił , by mu odebrano całą rodzinę, cały majątek, samego zaś przez piekło przeprowadził. Nawet przyjaciele go zawiedli. Ale w swoim wielkim sercu Pfeffer zachował miłość. I Bóg go wynagrodził: na popiele wyrosło nowe życie.

Modne imię Adolf

    Najpierw otrzymał żydowskie imię Joszua, nadał mu je ojciec, Abraham Pfeffer. Potem była moda na przyjmowanie aryjskich imion, więc Joszua został Jurkiem, zaś Abraham przybrał sobie "Adolf". Tuż przed samą wojną ojciec w ogóle zrezygnował z imienia, podpisywał się tylko literką A.

    Pfefferowie sami się dorabiali i wkrótce mieli skórzane przedsiębiorstwo, kamienicę przy Ż urawiej i kilka domów pod Warszawą. Wybucha wojna, wokół dzielnicy żydowskiej w Warszawie powstaje mur. Ż ydom coraz mniej wolno: najpierw wydzielono im osobne miejsca w tramwajach, potem muszą nosić gwiazdę Dawida, wreszcie nie wolno im opuszczać getta. Te zmiany odbywały się powoli, miesiącami i ludzie się do nich przyzwyczajali. Zamożni Pfefferowie mogli wyjechać z Warszawy, z Polski i urządzić się gdziekolwiek na świecie. A jednak nie wyjeżdżali. " Najgorsze było to, że coś się posiadało" - mówi Jerzy Pfeffer. "Tutaj ta fabryka, tutaj dom, wille. Przecież, myśleliśmy, Hitler nie wybije wszystkich, w samej Warszawie było 300 tysięcy Ż ydów."

    W kwietniu 43 roku wywieziono wyszystkich Pfefferów do Majdanka. Tym samym pociągiem jechał Jerzy z siedmioletnim synkiem, jego żona, jego ojciec i macocha, siostry jego i bracia, wujkowie, ciotki, razem trzydzieści parę osób, cała rodzina.

Piękny miesiąc maj

    W obozie koncentracyjnym na Majdanku przeżył to, co wszyscy. Bicie, poniżenie, głód, choroby, strach. Nastał maj. Dymy z krematorium każdego dnia unosiły inne dusze do nieba. Najpierw uleciała dusza ojca. Potem żony i synka, później odeszły siostry i reszta rodziny.

    Kiedy Jerzy Pfeffer został sam z całej rodziny, wtedy postanowił odebrać sobie życie. Wielu Ż ydów tak robiło: rzucali się na druty pod napięciem, lub wieszali na pryczach. Już miał to zrobić, gdy w jego duszy pojawiła się chęć ...zemsty. Postanowił żyć, żeby pomścić śmierć bliskich, zwłaszcza syna i żony. Rok później napisze w pamiętniku: "Najukochańszy mój Ignasiu, najdroższa moja Luśko! Przysięgam Wam, jeśli będę żył pomszczę, choćby za cenę swojej głowy, Waszą niewinną krew, krew moich pozostałych najdroższych. Z moich rąk muszą paść te germańskie bestie, jak Wyście padli. Nie zaznam spokoju, dopóki nie wykonam tego aktu "Oko za oko".

    Od tej chwili ma po co żyć. Przygotowuje się do ucieczki z obozu i udaje mu się to w brawurowym stylu. Była to prawdopodobnie jedyna udana ucieczka z Majdanka.

Mole zjadły przyjaciół

    Ucieczka z piekła była łatwa w porównaniu z życiem w ukryciu. Ponad półtora roku usiłował przeżyć u różnych ludzi, w różnych skrytkach. I to było najgorsze doświadczenie: nóż w serce. Zawodzili najbardziej zaufani przyjaciele. Okradali, denuncjowali, w najlepszym wypadku odwracali się.

    Przed wojną Pfefferowie robili w skórzanym interesie, więc ich główny ruchomy majątek ulokowany był w drogich futrach i skórach. Gdy tylko Niemcy zaczęli się im dobierać do gardeł rodzina Pfefferów lokowała swoje futra po aryjskiej stronie, u najbardziej zaufanych klientów i przyjaciół. Po ucieczce z Majdanka Jerzy zgłasza się do nich po swój towar. Prawie nikt nie chciał z nim rozmawiać, a niektórym niebezpiecznie z oczu patrzyło. Wolał odejść czym prędzej, nim doniosą na niego. Przecież był ukrywającym się Ż ydem. A potrzebował pieniędzy, żeby opłacić skrytki, w których go przechowywano. To dużo kosztowało. Prowadził w tym czasie pamiętnik i po kolejnych zawodach wpisywał zdania, że jeśli przeżyje wojnę to się policzy z kolejnym szubrawcem. Obiecywał, co mu zrobi i co mu powie.

    W grudniu trzydziestego dziewiątego roku Niemcy zaczęli już rabować mienie żydowskie. Pfeffer z żoną wybrali się do zaprzyjaźnionych Drewnowskich z prośbą o przechowanie cennych futer. Były to karakuły i piżmowce z wydrą. Pan Teofil Drewnowski, człowiek wykształcony, na wysokim stanowisku ministerialnym przed wojną, okazał się na tyle uprzejmy, że wziął wszystko na przechowanie. Następnego dnia Drewnowscy przysłali dozorcę z powiadomieniem, że ich okradziono. Przy czym włamywacz ukradł z całego mieszkania jedynie futra Pfefferów. Ci zawiadomili polską policję, ale Drewnowscy zagrozili denuncjacją na gestapo. Polscy policjanci poradzili Pfefferom, żeby nie rozdmuchiwali sprawy.

    Inny zaprzyjaźniony, Dąbrowski, również wziął futra na przechowanie. Nie był aż tak bezczelny, ale gdy Jerzy Pfeffer zgłosił się do niego po swoje, rzekł, że karakuły mole zjadły. O błamie nie pamięta, żeby go w ogóle brał, a kołnierz z wydry wziął dla siebie i może za niego zapłacić jedną dziesiątą ceny.

    Najgorzej było z Wiktorską Zgierską. Serce nie może się pogodzić z tym, że na naszych oczach człowiek dobry staje się złym. Zgierska pracowała wiele lat przed wojną u Pfefferów. Była osobą uczciwą i absolutnie solidną. Darzyło się ją zaufaniem i wielokrotnie powierzano jej duże sumy bez pokwitowania, jak to w interesie. Była niezawodna i Pfefferowie cenili ją bardzo.

    W trudnych czasach Zgierska stała się pośrednikiem między gettem a stroną aryjską. Pfefferowie z całym zaufaniem powierzali jej kolejne partie futer do ulokowania po tamtej stronie. Niestety, miało się okazać, że ta dobra i uczciwa kobieta stała się diabłem. Zaczęła nasyłać umówionych łobuzów na kolejne skrytki. Rabowali oni przechowywane futra, przy okazji denuncjowali ukrywających się tam Ż ydów.

Porachunki z łajdakami

    Zgierskiej więcej nie spotkał. Ale innych, owszem. Oto pierwszy rok po wojnie. Pfeffer mieszka w Łodzi, ma tam sklep i chwilowo dobrze mu się powodzi. Zarabia dużo pieniędzy i chodzi bawić się po lokalach. I oto najzwyczajniej w świecie spotyka w restauracji Dąbrowskiego, tego co nie chciał oddać futer, bo "mole zjadły". "Siedział tam z pewną panią i popijał"- mówi Pfeffer. - "Napijmy się i my, mówię, i zapomnijmy".

    Drewnowscy od futer.....W czasie powstania warszawskiego Pfeffer zajrzał do rodzinnej kamienicy na Ż urawiej, jeszcze wówczas stała. Dowiedział się od dozorcy, że Drewnowski zmarł w męczarniach, a ona leży też chora w szpitalu. "Ja widzę" - mówi Pfeffer - "że oni nie mieli zbyt wielkiego szczęścia do naszych futer i na tym się skończyło".

Drań się rozpłakał

    Był 42 rok, gdy urzędnik Kalina Michał, wice naczelnik Urzędu Skarbowego, przyjął sporą partię towaru od Pfeffera i nigdy za towar nie zapłacił. Opędzał się jak mógł od nagabującego Pfeffera, wreszcie na ulicy mu wykrzyczał: a odczep się pan ode mnie i idź do cholery! Wzburzony Pfeffer zanotował w dzienniku: "Czekam cierpliwie na koniec wojny. Pragnę czym prędzej móc zameldować się w pańskim gabinecie, by zedrzeć maskę nędznemu oszustowi. Ja będę grzeczniejszy niż pan, nie zwrócę się na "ty". Powiem mniej więcej tak: "Kłaniam się panu, panie łotrze"!

    Jest rok 46, Pfeffer prowadzi w Łodzi sklep. W tym sklepie pojawia się pewnego dnia...urzędnik skarbowy Kalina.

    "On zjawia się w moim sklepie jako klient" - mówi Pfeffer. - "Ja go nie pytam, co on chce kupić, ale: witam pana. I on już wiedział, że jest kiepska historia. Czy pan pamięta, kiedy spotkałem pana w getcie na ulicy, ten ordynarny sposób odezwania się do mnie? A on powiada: wiem, że postąpiłem źle, ale jedno mam na to, żeby się wytłumaczyć przed panem. Ja ukrywałem Ż ydówkę i to jest obecnie moja żona, tylko tyle mam do powiedzenia. To ja panu przebaczam, prawda i gratuluję, prawda, dobrego uczynku wobec osoby, która by straciła życie. No i życzę wam obojgu szczęścia i tak dalej, tak dalej. Wtenczas jemu łzy stanęły w oczach, dziękował i zapomniał, że miał coś kupić i ja wolałem, żeby odszedł."

    Pfeffer po uciecze z Majdanka nie miał żadnych dokumentów i to zmniejszało jego szanse na przeżycie. Zdobycie dokumentów było gardłową sprawą. Zwrócił się do niejakiego Józefa Kalote z Rawicza, z AK. Chciał wstąpić do Armii, ale okazało się, że Ż ydów nie chcą. Więc zapłacił Kalotemu duże pieniądze za wyrobienie mu dokumentów. Kalote pieniądze wziął i zniknął. To były ostatnie pieniądze Jerzego, więc w pamiętniku obiecał straszną zemstę szubrawcowi po wojnie.

    Jest właśnie po wojnie. Do sklepu Pfeffera wchodzi Kalote z jakąś panią. "My się z miejsca poznajemy"- mówi Jerzy. "Czy mógłbym pana prosić na parę minut, chciałbym porozmawiać w bramie. On już wiedział, o co chodzi. Jedno pytanie: dlaczego pan to zrobił? I on się rozpłakał, ja wiem, mówi, najgorsze co człowiekowi można uczynić, to ja zrobiłem w stosunku do pana. Widziałem, że on się trzęsie ze strachu, chce mi zwracać pieniądze. Pieniądze to ja sam mam teraz. To co mam zrobić, żeby pan mi przebaczył? Już panu przebaczyłem w tym momencie, pan wyraził swoją skruchę i daruję panu. Chciał mnie pocałować w rękę. Przestań się pan wygłupiać, powiadam.

Czy plunie Niemcowi w twarz?

    W pamiętniku wielokrotnie obiecywał zmarłej żonie i sobie, że zemści się na Niemcach. Zwłaszcza gdy ukrywając się przeczytał w gazetach, że Niemcy zlikwidowali obóz na Majdanku i żaden Ż yd nie przeżył. Pfeffer napisał wtedy: "Jeśli ten bestialski naród germański nie zostanie za karę raz na zawsze zmyty z ziemi, to nie wierzę w sprawiedliwość i doprawdy nie warto w takiej atmosferze żyć. Piszę również po to, aby każdy, kto zetknie się z Niemcem, jeśli nie będzie mógł mścić się na nim za niewinnie przelaną krew bezbronnych dzieci, matek i mężczyzn, niech przynajmniej splunie w tę stronę, zignoruje go i odwróci się".

    I co? I właśnie jest styczeń 1945 roku. Pfeffer przez kilka miesięcy ukrywał się w ruinach zniszczonej Warszawy. Schorowany i wycieńczony dostaje się do szpitala w podwarszawskich Włochach. Front już wypycha okupanta, jednak szpital jest wciąż w rękach Niemców. Codziennie robią kontrolę i podnoszą kołdry w górę, żeby "wykryć obrzezańca, czyli Ż yda". Po trzech dniach podwarszawskie Włochy są już wyzwolone. Na łóżku obok ocalonego Pfeffera leży ciężko ranny Niemiec. Jeszcze wczoraj mógł go zadenuncjować.

    "Widziałem, że on cierpiał" - mówi Jerzy. "Ja byłem pierwszy, który się zerwał z łóżka i podał mu herbaty, bo widziałem, że on się męczy. Tu są we mnie te sprzeczności, zasadniczo ja mogłem go zabić, powinienem wziąć młotek i dać w łeb, a ja mu dałem herbaty, żeby on nie umarł w łóżku, bo on konał. Przetrzymał noc i następnego dnia już był inny, czuł się lepiej i ja byłem szczęśliwy, że mój wróg, który gdyby mnie wczoraj złapał w łóżku, toby zabił, prawda, a tu ja mu pomogłem."

Przychodzi bestia do Pfeffera

    Mija wiele lat. Jerzy Pfeffer wyemigrował z nową żoną Marią do Stanów. Teraz ma na imię George i po długiej wędrówce osiada wreszcie w Rochester w stanie Nowy Jork. Tymczasem jako ekonomista i księgowy z wykształcenia robi w Ameryce niezłą karierę. Oto jest ważnym kierownikiem w wielkiej sieci marketów. Decyduje, kogo przyjąć do pracy.

    Mówi: "Przychodzi raz do mnie Niemiec, żebym ja go przyjął do pracy. Ktoś mi doniósł, że to dawny esesowiec. On sam mówił, że był drugą ręką Hitlera. Wciągnięto go jako wojskowego, może się chwalił. Moja rozmowa była taka, że ja go pytam: co ty myślisz o tym wszystkim? Powiada: zdaję sobie sprawę, że ja mogłem inaczej pokierować swoim życiem, ale wtedy, powiada, było modne być u góry. Jeśli mogłeś być esesmanem, jeszcze przydzielonym do Fuhrera, to zaszczyt. Tłumaczył, że nikomu krzywdy nie zrobił. Rozpłakał się, powiedział: ja mam dużo na sumieniu i rób ze mną co chcesz, Pfeffer, od pana zależy, żeby mi darować, ja poprawię się za swoje winy. A ja: bez podania ręki cię przyjmę do pracy. Daję ci tę okazję, żebyś się zorientował, że byłeś kiedyś zły i masz szansę się poprawić. Potem spotykaliśmy się codziennie. To już widocznie jest w moim charakterze, kiedy dochodzi do kontaktu bezpośredniego, wczoraj mój wróg, ale on tu przychodzi mnie błagać....chciał mnie w rękę pocałować.....

..... i wynagrodził Bóg Hiobowi ....

    George Pfeffer ma nową żonę, nowego syna i wybudował nowy dom. Gdy dzięki swojej wierze przetrwał najgorsze chwile, przysiągł Bogu wdzięczność po wsze czasy.

Po latach dodał: I ani dnia dłużej!

 

Agata Bleja

 

copyright © by Agata Bleja   2005